
Pierwszy przystanek – Madryt. Odwiedzam Muzeum Prado. Chcę zobaczyć „Las Meninas” Diego Velazqueza. Obraz, do którego w ciągu ostatnich paru dekad wracałam wielokrotnie. Tajemniczy i wizjonerski. Analizowany przez historyków sztuki na różne sposoby. Wymykający się jednoznacznym interpretacjom.
Stoję przed dziełem, poruszona faktem, że mogę tu być. Wiem sporo o jego powstaniu, formie i treści. Teraz jednak skupiam uwagę przede wszystkim na głównej bohaterce – infantce Małgorzacie Teresie. To na niej mocnym akcentem kładzie się światło.
Zadaniem nadwornego malarza było portretowanie członków rodziny królewskiej. Małgorzatę namalował w wieku trzech, pięciu i ośmiu lat. Dokumentując tym samym rozwój dziewczynki. Jeden z wizerunków został wysłany do jej wuja (brata matki) i przyszłego męża Leopolda I Habsburga. W celach matrymonialnych.
Na portretach księżniczka ma smutną i poważną twarz. Nad wyraz dojrzałą. Jej los został przypieczętowany politycznym mariażem dwóch gałęzi rodziny Habsburgów – austriackiej i hiszpańskiej. W wieku czternastu lat opuszcza dom, rodzinę, kraj. Wyrusza do Austrii ku przeznaczeniu. Wychodzi za mąż, by zostać cesarzową i królową jednocześnie. Do tego została powołana, do odegrania historycznej roli.
W ciągu kilku lat rodzi czwórkę dzieci. Dwukrotnie poroni. Trzech maleńkich synów pochowa. Jedynie córka dożyje dwudziestu paru wiosen. Ze wszystkich sił pragnie wypełnić obowiązek – wydać na świat przyszłego następcę tronu. Ostatnia – siódma – ciąża okazuje się śmiertelna. Ma zaledwie dwadzieścia jeden lat. Leopold pomimo bólu i żałoby, kilka miesięcy później ponownie się ożeni.
Małgorzata z ikonicznego obrazu patrzy przed siebie. Głowę lekko odchyla, dziecięcą jeszcze twarz okalają pukle jasnych włosów, dłonie opiera na zbyt dorosłej sukni. Dziewczynki i kobiety w XVII wieku ubierały się identycznie, gorsety i szerokie spódnice miały podkreślić ich atuty. Chociaż, kiedy wyobrazić sobie ciało pięciolatki, trudno pojąć sens obowiązującego trendu.
Suknię infantki można postrzegać symbolicznie. Na hiszpańskim dworze noszono wpierw fortugał, czyli halkę usztywnioną obręczą z drutu lub wikliny. Nadawał spódnicy kształt stożka. Nieco później pojawił się paniers, na podobieństwo sakw pełnych siana przytroczonych do boków osła. Miał on poszerzyć boki sukni, jednocześnie spłaszczając jej przód i tył. Suknie bywały tak szerokie, że nie sposób było przejść przez drzwi. Podobno instalowano zawiasy, by dało się złożyć boki spódnicy i ułatwić przemieszczanie.
Celem modowych wynalazków była potrzeba formowania sylwetki, a w zasadzie jej ukrycie, wyeliminowania cielesności, naturalności, prawdy. Inna rzecz, że suknia taka tworzyła dystans, odgradzała od otoczenia, alienowała. Przede wszystkim jednak unieruchamiała w konwenansie, ograniczała, nie tylko dosłownie, ruch i sprawczość.
Małgorzata wychowywała się w zamkniętych komnatach, w ścisłej etykiecie hiszpańskiego dworu. Otoczona damami dworu, guwernerami, służbą, choć znakomicie wykształcona, miała przed sobą dość wąską ścieżkę życiowych możliwości. A jednak, czy mimo tych wszystkich okoliczności, o których wiemy dzisiaj i feministycznej perspektywy wolno nam cokolwiek o losie infantki wyrokować?
Zostawiam księżniczkę w ramach obrazu, uznanego przez historyków sztuki za arcydzieło. Utrwaloną w niezbyt wygodnej pozie, w ciężkiej sukni, w spojrzeniu przechodzących właśnie rodziców. Wychodzę z galerii na ulice miasta, w ciepłą jeszcze jesień. Cieszy mnie brak gorsetu, widok młodych dziewcząt na Gran Via i smak churrosów maczanych w czekoladzie.


